Rodzice SOS historia Basi 

Basia to energiczna blondynka, która zaraża uśmiechem, jeździ motocyklem, ma dwóch fajnych dorosłych synów i psa wielkości małego kucyka. 

W jej domku SOS zawsze jest dużo śmiechu. Poza Basią i terierem rosyjskim mieszka tam pięcioro dzieci (jedno się w międzyczasie usamodzielniło), dwa koty, dwie papugi, dwa króliki oraz rybki.  

Decyzję o zawodowej zmianie podjęła w pięćdziesiątym roku życia, w SOS Wioskach Dziecięcych jest od 2025 roku. 

Jako mała dziewczynka przez lata twierdziła, że będzie przedszkolanką, gdy trochę podrosła, w jej planach pojawiła się także piątka własnych dzieci. Ostatecznie urodziła i wychowała dwóch synów, którzy wyrośli na wspaniałych mężczyzn i, jak sama mówi ze śmiechem, są dowodem jej kompetencji wychowawczych.  

Całe życie mieszkała w Poznaniu, gdzie wraz z mężem prowadziła rodzinną firmę zajmującą się wyposażeniem wnętrz. Szło im bardzo dobrze, działalność się rozrastała, mieli duże zagraniczne kontrakty, których realizację Basia nadzorowała. Z czasem jednak praca, której duża część wiązała się z siedzeniem przed komputerem, przestała jej dawać satysfakcję. Basia postanowiła poszukać czegoś, w czym będzie się lepiej spełniać, zyskując poczucie sensu i przyjemność z zawodowych obowiązków.  

Nadal pracowała w firmie rodzinnej, ale zaczęła się zastanawiać, co innego mogłaby robić. Rozmawiała z bliskimi, znajomymi i rodziną na temat tego, gdzie oni by ją widzieli i wszyscy byli zgodni – Basia powinna pracować z ludźmi. Miała doświadczenie w opiece nad chorymi i starszymi, bo zajmowała się bliskimi z demencją i alzheimerem, uznała jednak, że na co dzień patrzenie na przemijanie w takiej postaci może być przygnębiające. Praca z dziećmi wydała jej się pomysłem optymalnym. Wówczas jeszcze nie wiedziała gdzie chce pracować ani jak. 

Aż przyszła wigilia roku 2024 i rodzinne słuchanie radia przy lepieniu pierogów. W audycji zaś odbywała się rozmowa o setkach dzieci czekających na rodziców zastępczych i o rekrutacji w SOS Wioskach Dziecięcych. Basia słuchała i – jak mówi – poczuła, że to właśnie chce robić. Mąż także uznał, że to jest miejsce dla niej. Decyzję, że się zgłosi, podjęła błyskawicznie. 

Co ciekawe, to nie był pierwszy raz, gdy usłyszała o SOS Wioskach Dziecięcych. Wielu jej znajomych wspierało Stowarzyszenie. Pamięta nawet, że oglądała nagranie z otwierania z jednej z wiosek SOS, gdy jej dzieci były małe. Wydaje się, że audycja radiowa pojawiła się w idealnym momencie na podjęcie decyzji o zmianie. 

Gdy mówiła o swoim pomyśle bliskim, widziała ich wzruszenie. Wspierali Basię i mówili, że to wymarzona rola dla niej. Między Nowym Rokiem a świętem Trzech Króli napisała i wysłała CV. Bardzo szybko zadzwonił telefon z działu kadr z zaproszeniem na rozmowę. Dalej rekrutacja przebiegała normalnym torem, a Basia zarówno podczas wolontariatu jak i stażu coraz bardziej czuła, że jest na swoim miejscu. 

Staż i pomaganie innym Mamom SOS to jedno, ale prawdziwe zderzenie z realiami ma miejsce w momencie objęcia własnego domku i przejęcia opieki nad dziećmi. Basia dostała pod opiekę od razu sześcioro – w tym czwórkę nastolatków. To był prawdziwy skok na głęboką wodę. 

Doskonale się w nowej roli sprawdziła. Nie wiadomo co na początku zadziałało bardziej – jej pogodne usposobienie, kolorowa osobowość czy motor, którym przyjechała, ale szybko znalazła z dziećmi wspólny język. Od początku starała się spędzać trochę czasu z każdym dzieckiem z osobna, by dać im całą swoją uwagę i lepiej je poznać. Dzieci są z różnych domów, z różnymi problemami, traumami, potrzebami, jest hałas i dużo bodźców. Basia stara się raz na dwa-trzy tygodnie robić sobie krótkie wolne, odwiedzać bliskich w Poznaniu, łapać dystans. Człowiek zmęczony i przebodźcowany może być drażliwy, a ona chce być jak najfajniejszą mamą dla swojej piątki, a właściwie szóstki, bo najstarsza usamodzielniona dziewczynka nadal chętnie wpada na obiad lub rozmowę. 

Dziś Basia mówi, że wszystko zależy od tego kim się jest, jakie się ma podejście do dzieci, kogo się widzi w drugim człowieku. Nie ma uniwersalnego podejścia, które da się zastosować do wszystkich. Ważne, żeby rodzice czy wychowawcy grali do jednej bramki. Basia może się w czymś nie zgadzać z asystentką, ale uzgadniają domowe zasady czy podejście do sytuacji, które się wydarzają. Basia mówi, że ona prędzej kogoś przytuli niż zgani, szanuje prawo dzieci do własnego zdania, ale stara się też nauczyć je, że czasem warto pójść na ustępstwa, nie stawiać spraw na ostrzu noża. Skupia się na talentach dzieci i motywuje je do rozwijania pasji, by w przyszłości robili to, co kochają. Jest dobrym obserwatorem i dużo słucha, starając się nie udzielać rad, zwłaszcza nastolatkom. 

Choć rzeczywistość zawsze się nieco różni od wyobrażeń, Basia spełnia się w swojej pracy i mówi, że dużo z niej czerpie na co dzień. Nie bez znaczenia jest piękno okolicy i brak korków na drogach, ale najważniejsze są dzieci. To, że może im pomagać i to, że ma wsparcie specjalistów. 

Osobom, które myślą o zostaniu Rodzicem SOS, ale mają wątpliwości, powiedziałaby, że warto spróbować. Nikt tu nie podpisuje cyrografu, w każdej chwili można się wycofać. Warto się sprawdzić, bo bez konfrontacji żyjemy wyobrażeniami – tego, co się może wydarzyć albo tego jacy jesteśmy – i tym, co by było gdyby. Fajnie jest, gdy możemy komuś coś dać od siebie i to przynosi efekty. Każdy może coś zmienić w swoim życiu, więc próbujmy, bo warto. 

„Gdybym czekała na idealny moment, to… wiele bym straciła”.  

Chcesz zostać Rodzicem SOS? 

Wejdź na stronę, sprawdź szczegóły i zacznij swoją historię 

Do biegu, gotowi, start! W Siedlcach odbędzie się kolejny triathlon młodzieżowy „Niebanalni bez granic”

Już 21 maja Siedlce ponownie będą gospodarzem młodzieżowego triathlonu, który od lat łączy sport z czymś więcej niż tylko rywalizacją. Tegoroczna edycja odbędzie się w nieco zmienionej formule. Po raz pierwszy wydarzenie zostanie zorganizowane we współpracy ze Specjalnym Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym w Siedlcach oraz z udziałem uczniów integracyjnych szkół podstawowych z regionu, które będą brały udział w zawodach sportowych toczących się równolegle z triathlonem. Imprezę objął patronatem Prezydent Miasta Siedlce.

Wydarzenie opiera się na ruchu, współpracy i dobrej energii – liczy się nie tylko wynik, ale przede wszystkim udział, zaangażowanie i wspólne doświadczenie. „W SOS Wioskach Dziecięcych wierzymy, że sport to znacznie więcej niż aktywność fizyczna czy dobra zabawa. To ważne narzędzie wychowawcze, które uczy dzieci i młodzież współpracy, odpowiedzialności oraz konsekwencji w działaniu. Dzięki sportowi młodzi ludzie budują także wiarę we własne możliwości, uczą się radzić sobie z wyzwaniami i czerpać siłę z pracy zespołowej” – podkreśla Tomasz Wrzosek zastępca dyrektora ds. pieczy interwencyjno-socjalizacyjnej w Programie SOS Wiosek Dziecięcych Siedlce.

Ruch, współpraca i trochę główkowania

Uczestnicy ponownie zmierzą się z trzema klasycznymi elementami triathlonu, które od lat tworzą charakter tego wydarzenia: wysiłkiem fizycznym, współpracą w drużynie oraz zadaniem wymagającym logicznego myślenia.  Osoby, biorące udział w imprezie wystartują w trzyosobowych drużynach – wśród nich znajdą się podopieczni stowarzyszenia z całej Polski, a także partnerzy, darczyńcy, wolontariusze i przyjaciele SOS. Na trasie czeka ich 5 kilometrów biegu, 5 kilometrów jazdy rowerem oraz zadanie wymagające logicznego myślenia. Całość odbędzie się w leśnym otoczeniu uroczyska Sekuła, oddalonego o kilkanaście minut od centrum Siedlce.

Nie tylko zawody

Triathlon to okazja do integracji, zarówno dla uczestników, jak i całej społeczności zaangażowanej w wydarzenie: uczniów, nauczycieli, wychowawców i wolontariuszy.

Patronat Prezydenta Miasta Siedlce podkreśla znaczenie inicjatywy dla lokalnej społeczności. Wydarzenie od lat przyciąga osoby związane z SOS Wioskami Dziecięcymi w Polsce i wszystkich, którzy chcą spędzić czas aktywnie i w dobrej atmosferze.

***

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce od 1984 roku pomaga dzieciom porzuconym, opuszczonym, zagrożonym utratą opieki rodziców. W Polsce działają 4 Wioski SOS, gdzie dzieci pozbawione opieki rodziców biologicznych znajdują ciepły, kochający dom. Jednocześnie stowarzyszenie rozwija działania profilaktyczne w ramach Programu „SOS Rodzinie”, którego celem jest ochrona przed utratą rodziców i zapewnienie kompleksowego wsparcia rodzinom w kryzysie. W ciągu całego roku 2025 z pomocy Programów SOS Wiosek Dziecięcych skorzystało 2 451 dzieci i dorosłych, w tym 1 663 dzieci i młodzieży, z czego 386 w opiece zastępczej i programach młodzieżowych, a 1 277 w Programach Umacniania Rodziny „SOS Rodzinie”.

Mama SOS historia Renaty

Przez lata jej światem były rzędy cyfr w Excelu, bankowe procedury i korytarze warszawskich korporacji. Jako ambitna ekonomistka, Renata była całkowicie nastawiona na niezależność, rozwój zawodowy i odpowiedzialność za samą siebie. Choć w dzieciństwie, jak chyba każda mała dziewczynka, „bawiła się w szkołę”, jej dorosłe plany w ogóle nie zakładały posiadania dużej rodziny. Wydawało się, że jej ścieżka jest już wyznaczona.

Wszystko zmieniło się w jednej chwili, gdy Renata obejrzała wywiad z jedną z Mam SOS. Miałą wtedy 40 lat. Ułożoną ścieżkę zawodową. Konkretne doświadczenie i umiejętności. Jednak w tym misternym planie pojawiło się pęknięcie, przez które zaczęło wpadać nowe światło. Wcześniej nie wiedziała o istnieniu Stowarzyszenia SOS Wioski Dziecięce, ale ta jedna rozmowa sprawiła, że w jej głowie zakiełkowała myśl, której nie dało się już uciszyć. Rozpoczął się trwający pół roku proces rekrutacji i przygotowań, który był dla niej, jak wspomina, intensywnym czasem. Musiała przekonać samą siebie, że jest gotowa zostawić stabilne życie pod Warszawą i ruszyć do Wioski SOS. Wybór akurat tej Wioski miał w sobie coś z przeznaczenia. Mimo, że w jej przypadku, lokalizacja została przydzielona przypadkowo to właśnie stamtąd pochodzili jej dziadkowie.

Decyzja o tak drastycznej zmianie życia wywołała spore poruszenie wśród jej najbliższych. Mama Renaty była przerażona wizją córki rzucającej bezpieczną pracę dla przyszłości jako zawodowa mama. Znajomi z korporacji patrzyli na nią z niedowierzaniem, a ich reakcje wahały się od podziwu po pukanie się w czoło. Renata jednak czuła, że to jest jej czas. „Strach przed zmianą jest naturalny. Jeśli nas nie paraliżuje, to może być motywujący” – wspomina po latach. Mimo obaw i pytań „po co ci to?”, spakowała swoje dotychczasowe życie i ruszyła w drogę, by sprawdzić, czy to, co poczuła przy oglądaniu spotu, było prawdą.

Początki w Wiosce SOS były, jak wspomina Renata, skokiem na głęboką wodę. Po półrocznym stażu trafiła do domu, który właśnie opuściła poprzednia mama. Od razu zamieszkała z czwórką rodzeństwa, które potrzebowało miłości i bezpieczeństwa. Z dnia na dzień „korporacyjną dyscyplinę” którą znała do tej pory, musiała zamienić na elastyczność, której wymaga codzienne życie z dziećmi. Przez dekadę jej dom stał się bezpieczną przystanią dla łącznie ośmiorga dzieci. Obserwowała ich sukcesy, ocierała łzy po porażkach i towarzyszyła im w najważniejszych chwilach. Niektóre z nich zdążyły się już usamodzielnić, inne znalazły rodziny adopcyjne, a obecnie Renata przelewa całą swoją uwagę na troje dzieci, z niecierpliwością wyczekując kolejnych, które mogą do nich dołączyć.

Dziś, z perspektywy dziesięciu lat, Renata mówi o sobie, że odnalazła swoje „pierwsze miejsce na ziemi”. To, co początkowo postrzegała jako nowe wyzwanie zawodowe, stało się jej życiem, a dom w Wiosce tym prawdziwym domem. Podkreśla, że w byciu Mamą SOS najważniejsza jest autentyczność i budowanie relacji opartej na wartościach, na których samemu się wyrosło, a nie na sztywnych zasadach. Przyznaje, że ta praca dała też wiele dobrego dla niej. Nauczyła się odpuszczać własne przyzwyczajenia, szukać w sobie pokładów cierpliwości, o które wcześniej by się nie podejrzewała.

Spytałyśmy Renatę o radę dla osób, które czują, że chcą spróbować drogi Rodzica SOS, ale boją się zrobić pierwszy krok. Jej odpowiedź jest prosta: „Idź za myślą”. Uważa, że jeśli w kimś zakiełkuje choćby cień chęci pomocy dzieciom, nie wolno tego zignorować. Według niej nic nie zastąpi osobistego doświadczenia – zamiast polegać na opowieściach innych, warto po prostu przyjechać do Wioski, wejść do domu i poczuć tę atmosferę. Tylko wtedy można poczuć, czy serce podpowiada nam właściwy kierunek. Ważne jest, by dać sobie prawo do błędów i ciągłej nauki, bo praca z drugim człowiekiem to proces, który nigdy się nie kończy.

„Gdybym czekała na idealny moment, to dużo by mnie ominęło, nie miałabym możliwości doświadczyć tych rzeczy, których tutaj doświadczyłam. Nie miałabym możliwości też poznać siebie z trochę innej strony, na pewno byłaby to jakaś strata”. Dla niej ten „idealny moment” nigdy by nie nadszedł, gdyby nie zaryzykowała dla tej jednej, kiełkującej w głowie myśli. Jej historia to dowód na to, że najważniejsza odwaga to ta, która pozwala nam podzielić się miłością z tymi, którzy potrzebują jej najbardziej.

Chcesz zostać Rodzicem SOS? 

Wejdź na stronę, sprawdź szczegóły i zacznij swoją historię 

Kropla drąży skałę, a pomoc zaczyna się od jednej decyzji. Oddaj krew w Lublinie już w maju!

Akcja honorowego oddawania krwi ponownie zaprasza mieszkańców Lublina do wspólnego działania na rzecz ratowania zdrowia i życia. W poniedziałek 11 maja 2026 roku na terenie Program SOS Wiosek Dziecięcych Lublin przy ul. Jutrzenki 1 będzie można oddać krew w specjalnym autobusie-ambulansie RCKiK Lublin. Rejestracja krwiodawców prowadzona będzie w godzinach 9:00–13:00, a cała procedura potrwa jedynie około godziny.

Wydarzenie ma charakter cykliczny i na stałe wpisało się w kalendarz inicjatyw społecznych organizowanych przez Program SOS Wiosek Dziecięcych w Lublinie. Zainicjowana kilka lat temu przez podopiecznych i pracowników akcja co roku przyciąga mieszkańców miasta, którzy wspólnie z młodzieżą, wychowawcami i przyjaciółmi SOS decydują się na realną pomoc osobom potrzebującym krwi w nagłych wypadkach oraz podczas skomplikowanych zabiegów medycznych.

Oddanie krwi to gest, który nie wymaga wiele, a może mieć ogromne znaczenie. To konkretna forma solidarności, pokazująca, że odpowiedzialność społeczna zaczyna się od prostych decyzji. Każdego roku obserwujemy, jak do akcji dołączają zarówno stali dawcy, jak i osoby, które oddają krew po raz pierwszy. To dla nas sygnał, że ta inicjatywa naprawdę ma sens – mówi Andrzej Moroz z Programu SOS Wiosek Dziecięcych w Lublinie.

Kto i jak może oddać?

Krew mogą oddawać osoby w wieku od 18 do 65 lat, ważące minimum 50 kilogramów i nieprzyjmujące na stałe leków wykluczających donację. Na akcję należy zgłosić się wypoczętym, po lekkim posiłku, odpowiednio nawodnionym oraz z dokumentem tożsamości. Osoby oddające krew po raz pierwszy powinny mieć przy sobie dowód osobisty, natomiast honorowi dawcy proszeni są o zabranie legitymacji HDK.

Procedura oddania krwi obejmuje wypełnienie ankiety, rozmowę z personelem medycznym, podstawowe badania oraz samo pobranie krwi i trwa około 60 minut. Każdemu dawcy przysługują dwa dni wolne od pracy – w dniu oddania krwi oraz w dniu następnym. Uczestnicy akcji otrzymają także symboliczne upominki przygotowane przez wychowawców i podopiecznych Programu SOS Wiosek Dziecięcych w Lublinie.

***

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce od 1984 roku pomaga dzieciom porzuconym, opuszczonym, zagrożonym utratą opieki rodziców. W Polsce działają 4 Wioski SOS, gdzie dzieci pozbawione opieki rodziców biologicznych znajdują ciepły, kochający dom. Jednocześnie stowarzyszenie rozwija działania profilaktyczne w ramach Programu „SOS Rodzinie”, którego celem jest ochrona przed utratą rodziców i zapewnienie kompleksowego wsparcia rodzinom w kryzysie. W ciągu całego roku 2025 z pomocy Programów SOS Wiosek Dziecięcych skorzystało 2 451 dzieci i dorosłych, w tym 1 663 dzieci i młodzieży, z czego 386 w opiece zastępczej i programach młodzieżowych, a 1 277 w Programach Umacniania Rodziny „SOS Rodzinie”.

Rodzice SOS Historia Alony i Ihora 

Przyjechali z Ukrainy do Polski w 2021 roku, żeby znaleźć lepszą pracę. Zamiast pracy odnaleźli swoje powołanie i miejsce na ziemi. Alona i Ihor to małżeństwo z 14-sto letnim stażem, które jako jedno z niewielu wspólnie pełni rolę Rodziców SOS. O wychowaniu dzieci mówią jak o marzeniu, które się ciągle spełnia, ale też jak o misji. „Czasami ludzie nas pytają: „Jak to jest, że opiekujecie się polskimi dziećmi?” A jaka jest różnica? To dziecko. Nieważne z którego kraju. Każde dziecko potrzebuje miłości, opieki, troski.” 

Jako pierwszy pracę w Wiosce SOS rozpoczął Ihor, był asystentem chłopca w ukraińskiej rodzinie a miesiąc później taką funkcję objęła również Alona. Jednak w ich życiu nie zawsze były dzieci. Ihor pracował na budowie, Alona mimo, że z wykształcenia jest nauczycielką, w Polsce pracowała w logistyce. Jak to się stało, że obydwoje zamieszkali w Wiosce SOS? 

Wszystko za sprawą koleżanki! Alona powiedziała nam historię o koleżance, która przyszła do niej, opowiedziała o pracy asystenta chłopca w rodzinie twierdząc, że Ihor idealnie będzie się nadawał. Alonę rozbawiła propozycja była przekonana, że Ihor nie będzie chciał pracować w ten sposób, ale mimo wszystko zaproponowała mu to. W tym miejscu historii warto napisać, że czasami, nawet gdy jesteśmy pewni niepowodzenia czegoś to warto spróbować. Ku zaskoczeniu Alony, Ihor zgodził się na propozycję i już niedługo później został asystentem chłopca! 

Niedługo później, obydwoje pracowali jako asystenci w SOS Wiosce Dziecięcej. Po kilku miesiącach chłopiec przestał potrzebować asystenta a Alona i Ihor pomimo chęci musieli zrezygnować. Jednak zrezygnować z nich nie chciał ówczesny dyrektor Wioski SOS. Zaproponował im, żeby zostali Rodzicami SOS. Jak mówi Alona, był on dla nich ogromnym wsparciem przed podjęciem decyzji, w trakcie całego procesu oraz już, gdy zostali Rodzicami. 

Jednak nastąpił nieoczekiwany zwrot akcji. Marzenie o dziecku zaczęło się spełniać. W trakcie robienia kwalifikacji i szkolenia na rodzinę zastępczą z Powiatowego Centrum Pomocy Rodzinie dostali propozycję wzięcia pod opiekę 10-cio dniowego chłopca. Po 1,5 roku tworzenia rodziny i próby adopcji dostali odpowiedź – osoba będąca obcokrajowcem nie może dokonać adopcji dziecka w Polsce. Obydwoje przyznają, że był to cios, ale teraz mówią, że tak miało być, bo inaczej nie trafiliby do Wioski jako Rodzice SOS. 

Ich historia z Wioskami SOS zaczęłam się 3 lata temu od funkcji asystenta i trwa aż do teraz. Od listopada 2025 roku są Rodzicami SOS. Obecnie wychowują 4 dzieci, z którymi na co dzień przebywa Alona, Ihor natomiast zgodnie z zasadami pracuje zawodowo poza Wioską jako pracownik branży budowlanej. 

Są małżeństwem wrażliwym na drugiego człowieka, empatycznym, pełnym miłości i chcącym się tą miłością dzielić. “Tak jak dzieci potrzebują dorosłych tak też my potrzebujemy dzieci. Nigdy nie widzieliśmy naszego życie bez dziecka.” O byciu Rodzicami SOS mówią jak o życiowej misji i marzeniu, które ciągle się spełnia. 

Spytałyśmy Alonę o radę dla osób zastanawiających się nad zostaniem Rodzicem SOS: “Wszystko jest możliwe. Jak jest miłość w sercu to trzeba z tego korzystać i dzielić się nią.” “Trzeba pamiętać, że wszystko jest możliwe. Ja przyjechałam z innego kraju i bardzo marzyłam o pracy z dziećmi. I trafiłam tam, gdzie trzeba.” 

Przyznają, że gdyby czekali na idealny moment to „życie by minęło. Nie ma idealnych momentów. Problemy zawsze są, mniejsze, większe i jak czujesz sercem, że chcesz i możesz to warto spróbować, bo idealny moment nigdy nie nadejdzie.” 

Chcesz zostać Rodzicem SOS? 

Wejdź na stronę, sprawdź szczegóły i zacznij swoją historię 

Rodzice SOS historia Małgosi 

Małgosia obecnie mieszka w domku SOS z czwórką dorastających dzieci i czarnym labradorem. Majowy weekend spędzają razem na wędrówce w Bieszczadach. 

Była późnym dzieckiem w rodzinie i nieco brakowało jej towarzystwa rówieśników. Miała starszego o 8 lat brata i tylko jedną kuzynkę w zbliżonym wieku, reszta kuzynostwa była dużo starsza. Może dlatego już jako nastolatka pomagała w domu małego dziecka. I cały czas ciągnęło ją do dzieci – ich towarzystwo dawało jej dużo radości i pobudzało kreatywność. 

Miała wspaniałych rodziców, takich, którzy oddaliby przysłowiową ostatnią koszulę komuś, kto potrzebuje. Taki sam był (i jest) jej brat. Bycie dla kogoś to naturalny sposób bycia jej rodziny – nie mogła więc być inna. 

Pochodzi z Rzeszowa, studiowała w Krakowie, Lublinie i Wrocławiu. To w Lublinie dowiedziała się, że siostra koleżanki pracowała w SOS Wioskach Dziecięcych i bardzo to sobie chwaliła. 

Małgosia miała przygotowanie, skończyła m.in. pedagogikę resocjalizacyjną i socjoterapię. Wcześniej miała praktyki w więzieniu, pracowała w szkołach (podstawowej i gimnazjum) i w domu dziecka. To właśnie w domu dziecka czuła, że spełnia swoje zawodowe powołanie, jednak i tam czegoś jej brakowało – większego wpływu i ciągłości wychowawczej. 

Nie zdecydowała się na zostanie rodziną zastępczą poza strukturą Stowarzyszenia SOS, bo chciała być częścią wspólnoty złączonej jedną ideą i celem, chciała też mieć gwarancję pomocy w sytuacjach trudnych (a zespoły wsparcia bardzo się w takich chwilach przydają). Poza tym problemem mogły być warunki mieszkaniowe. Małgosia mieszkała co prawda wraz z rodzicami w domu z ogrodem, ale jej mama już wtedy była przewlekle chora i wprowadzenie tam dzieci byłoby trudne i niekomfortowe zarówno dla nich, jak i dla chorej. 

Kiedy już bardzo poważnie rozważała pracę w SOS Wioskach Dziecięcych, Małgosia postanowiła się jeszcze zmierzyć z dużym dla niej wyzwaniem – przedszkolakami. Przez lata studiów i pracy opiekowała się dziećmi starszymi i nie znała specyfiki opieki nad kilkulatkami. Zatrudniła się jako niania dwóch małych dziewczynek, by zobaczyć czy się sprawdzi w tej roli. Chciała poznać swoje możliwości i potrzeby małych dzieci na wypadek, gdyby w Wiosce SOS przydzielono jej przedszkolaki.   

Dopiero z taką wiedzą i praktyką wzięła udział w rekrutacji. Małgosia zaczęła pracę jako mama SOS w wieku 36 lat i na początku objęła opieką piątkę dzieci w wieku od 5 do 12 lat. Bardzo jej zależało na stworzeniu stabilnych warunków, spędzaniu razem codzienności, dzieleniu zwykłego życia. I tak w ciągu 15 lat pracy dzieliła i dom, i serce z jedenaściorgiem dzieci – jak jedne dzieci dorastały i odchodziły (usamodzielniały się, przechodziły do wspólnot dedykowanych dla młodzieży lub wracały do rodzin biologicznych), to przychodziły kolejne dzieci. Za moment, po skończeniu szkoły średniej kolejny młody człowiek się usamodzielni i znów w SOS-owej rodzinie Małgorzaty pojawią się nowe dzieci. 

Gdy pytam o ewentualne obawy, Małgosia wspomina o epilepsji. Bała się, że powierzone jej dzieci będą chore właśnie na tę chorobę (zetknęła się z nią będąc nauczycielką i nie była pewna, czy podoła opiece nad dziećmi z tą chorobą). Czasem jest tak, że życie konfrontuje nas z tym, czego się najbardziej obawiamy i Małgosia rzeczywiście musiała się z tą chorobą u dzieci zmierzyć i to nie w jednym, a w kilku przypadkach. Mówi, że życie bywa przewrotne, ale wierzy, że wszystko – również to – dzieje się po coś. 

Gdy pytam o psa w domu pełnym dzieci, dowiaduję się, że zrównoważony, łagodny pies ze sprawdzonej hodowli okazał się wspaniałym kompanem. Dziś ma już ponad 11 lat, siwy pysk i jest wiernym przyjacielem dzieci –  jak powiedziała usamodzielniona już wychowanka Małgosi: „ciocia wie o nas dużo, ale Lucky wie o nas wszystko”. To on jest powiernikiem pierwszych miłości, pierwszych rozstań, sukcesów szkolnych i perypetii, o których ciocia nie powinna wiedzieć.  

Osobom, które rozważają zostanie rodzicem SOS Małgosia powiedziałaby, że obawy zawsze będą. Nie ma sensu czekać, ale też nie trzeba od razu podejmować decyzji. Najpierw są rozmowy, tydzień wolontariatu w wiosce SOS, potem staż – jest czas na sprawdzenie, czy to praca dla was. 

„Gdybym czekała na idealny moment, to… 

… nie zrobiłabym nic w życiu. I to nie tylko pracowniczym, ale też osobistym. Bo nie ma idealnego momentu. Nie ruszyłabym z miejsca, nie zrealizowałabym żadnego pragnienia, żadnego marzenia”. 

Chcesz zostać Rodzicem SOS? 

Wejdź na stronę, sprawdź szczegóły i zacznij swoją historię 

Rodzice SOS historia Ewy

Dwa lata temu, w połowie dystansu między czterdziestką a pięćdziesiątką, Ewa kompletnie zmieniła swoją ścieżkę zawodową i rozpoczęła pracę jako mama SOS.

Wspominając dzieciństwo, mówi: „byłam tak zwanym bezproblemowym dzieckiem. Może dlatego, że byłam trzecia”. Urodziła się w Gdyni, mieszkała w Gdańsku, miała dwóch starszych braci i liczną rodzinę poszerzoną, która była i jest dla Ewy bardzo ważna. Siedmioro rodzeństwa mamy, czworo taty,  samego kuzynostwa od strony mamy było ponad dwadzieścioro. Co roku czekała na wakacje i wyjazd do babci, gdzie zjeżdżały się także pozostałe dzieci. Spędzali czas gromadą, panował harmider, ale i budowały się bardzo ważne relacje. Aktywna i zaangażowana Ewa włączała się w obowiązki i opiekę nad najmłodszymi.

Wiele doświadczeń i słów bliskich osób po czasie w niej rezonowało. Stara się pamiętać o tym, że czasem usłyszane od kogoś zdanie zostaje z nami na długo. Wie, że samą postawą i zachowaniem możemy mieć wpływ, zwłaszcza na młodsze pokolenia, często nie mając świadomości, że w ten sposób młodych modelujemy.

Bardzo ważną postacią była dla Ewy babcia Halinka, prosta wiejska kobieta, oaza spokoju, której wspomnienie rozgrzewa serce. Zawsze znajdowała czas dla wnuków i każde z nich czuło się przy babci chciane i kochane. Nie mówiła dużo, miłość okazywała często przez przygotowywanie smakołyków dla dzieci, była bezpiecznym portem, do którego chciało się wracać.

Jako trzynastolatka Ewa pojechała z tatą do Turcji, co obudziło w niej ciekawość świata i chęć do odwiedzania nowych ciekawych miejsc. Umiłowanie podróży towarzyszy jej do dziś.

Mówi, że zawsze miała szczęście do spotykania dorosłych, którzy mieli pasje. Ludzi, którzy mimo trudności i ciężkich doświadczeń, mieli w sobie iskrę, działali i byli szczęśliwi.

Na początku Ewa wcale nie myślała o pracy z dziećmi. Było dla niej jasne, że tak jak mama, będzie pracować w biurze. W liceum przez chwilę myślała o studiach medycznych, ale ostatecznie wybrała ekonomię. Zawsze istotna była dla niej niezależność. Już w szkole średniej zapraszana przez ciocię do USA, dorabiała sobie w wakacje.

Do trzydziestki skupiała się na budowaniu kariery. Pracowała w bankowości, awansowała, miała stabilną sytuację zawodową, ale coraz częściej czytała o samorozwoju, analizowała swoje uzdolnienia i talenty, myśląc o zmianie i doświadczeniu pracy bliżej ludzi. W wieku 30 lat zmieniła pracę. W nowym miejscu powierzono jej zadanie zbudowania zespołu. W tworzeniu czegoś od zera był dynamizm i ekscytacja, których wówczas potrzebowała.

Po kilku latach pojawiła się myśl „czy to wszystko, na co mnie stać? Czy chcę, aby to była moja spuścizna?”. Przez chwilę Ewa myślała o samodzielnym zostaniu rodzicem zastępczym, obawiała się jednak braku wystarczającego wsparcia. Szkoliła się w gdańskim hospicjum, myśląc o pracy z chorymi. Wreszcie trafiła na spot SOS Wiosek Dziecięcych o poszukiwaniu mamy, która nie musi być idealna. Nie wywołał natychmiastowej reakcji, ale sprawił, że myśl o pracy w SOS zaczęła kiełkować. W międzyczasie Ewa została darczyńcą stowarzyszenia, dostawała listy opisujące, co słychać u dzieci, które wspiera, przypominał jej o nich magnes SOS na lodówce.

Myśli o tym, co się po sobie zostawi, często pojawiają się koło hipotetycznej połowy życia, a u Ewy dodatkowy wpływ wywarła także sytuacja rodzinna. Tata Ewy zachorował na alzheimera, a ona wraz z mamą podjęły się opieki nad nim. Opieka nad chorym tracącym pamięć, a z nią sprawność, jest ciężka zarówno dla chorującego jak i dla opiekunów – fizycznie i emocjonalnie; ale Ewa poczuła, że nareszcie robi coś ważnego. Opieka nad tatą dawała jej satysfakcję i przynosiła spokój. Dobrze się w tym zajęciu odnajdywała, szukała rozwiązań, które mogłyby pomóc obojgu rodzicom i widziała, że jej obecność dobrze wpływa na tatę, uspokajając go.

W ówczesnej pracy nie czuła się źle, miała dobre warunki, fajnych ludzi, ale zaczęła czuć wypalenie. Myśl o potrzebie zmiany wracała. Ewa szukając odpowiedzi sięgnęła po test talentów Gallupa i książki takie jak „Człowiek w poszukiwaniu sensu” Viktora E. Frankla.

Równocześnie słyszała od ludzi, że dobrze i swobodnie czują się w jej towarzystwie. Często się przed nią otwierali, mówili że umie patrzeć z ich perspektywy i nie ocenia. Lubiła się opiekować i bardzo motywowało ją wspieranie innych w rozwoju – najlepszym wyborem wydawała się w tym wypadku praca z dziećmi.

Od czasu zobaczenia spotu SOS Wiosek Dziecięcych minęło prawie 8  lat, gdy Ewa zdecydowała się zgłosić. Uznała, że bycie rodzicem SOS umożliwi jej wykorzystanie talentów. Jako osoba lubiąca wyzwania, chciała pracy wymagającej ciągłego rozwoju. Wiedziała, że będzie musiała przejść szkolenia, a codzienny kontakt z dziećmi będzie wymagał szukania rozwiązań i różnych sposobów dotarcia do drugiego człowieka.

Najbliżsi nie byli zaskoczeni. Wiedzieli, że to była dobrze przemyślana decyzja, wspierali i zachęcali Ewę do wzięcia udziału w rekrutacji. Po rekrutacji były szkolenia, kurs dla rodziców zastępczych, staż i wreszcie przeprowadzka do wioski SOS. Na początku Ewa objęła opieką piątkę dzieci, z których najmłodsze miało 12 lat. Dwoje z nich po roku się usamodzielniło, a pod opiekę Ewy trafiła dwójka w wieku dwa i pół oraz pół roku – rodzeństwo dzieci, które wychowywała już wcześniej. Mówi o nich z czułością i uśmiechem.

Początki bywały ciężkie. Z dużymi dziećmi trudniej jest szybko zbudować dobry kontakt, mają za sobą dużo doświadczeń, są zdystansowane i nieufne. Z kolei opieka nad maluchami to spory wysiłek fizyczny i niedosypianie. Bez pomocy asystentki byłoby naprawdę trudno. Ewa bardzo zaangażowała się w opiekę nad swoją gromadką i trochę zapomniała o sobie. „Wiedziałam, że dobry opiekun to wypoczęty opiekun, ale po roku okazało się, że moja energia się wyczerpuje. Zrozumiałam, że to nie tylko hasło. Dzieci są na pierwszym miejscu, ale wszystko zaczyna się ode mnie. Jeśli będę w złej kondycji, to nie ruszymy. Muszę dbać o siebie, o wypoczynek, kondycję fizyczną. Gdy mam wolne, dbam o to, by porozmawiać z dorosłymi, odreagować”.

Gdy pytam, co mogłaby przekazać ludziom, którzy myślą o zostaniu rodzicem SOS, zachęca do porozmawiania z osobami ze stowarzyszenia. Jeśli myśl o opiece nad dziećmi wraca, warto spróbować. To naprawdę tylko rozmowa, nie jakiś duży wysiłek, a może się okazać, że to właśnie wasza droga.

„To jak w tym starym spocie SOS, jeśli boisz się, że nie dasz rady, to dobrze, bo to znaczy, że sobie dasz. Jeśli masz obawy, to świetnie, to oznacza że jesteś odpowiedzialny, masz wyobraźnię, rozsądek i wiesz, że mogą być wyzwania. Ale nie będziesz tu sam” – mówi Ewa.

Bardzo ważne jest dla niej to, że w wiosce SOS ma wsparcie. Ma prawo do urlopu, asystentkę, a gdy wyjeżdża, dzieci są z osobą, którą znają. W skrajnych sytuacjach, np. gdyby sama wymagała leczenia szpitalnego, stowarzyszenie organizuje opiekę nad dziećmi. Ma do pomocy sztab ludzi – psychologa, pedagogów, dyrekcję, nawet konserwatora. Tak prozaicznie, jak się zepsuje kran, nie musi z dzieckiem na ręku szukać specjalisty, tylko dzwoni do biura i ktoś się tym zajmuje.

Gdy pytam o plany zawodowe, mówi że chciałaby zostać w SOS chociaż do usamodzielnienia najmłodszego chłopca. Pytana o emeryturę, śmieje się: „Na pewno coś jeszcze wymyślę. Lubię jak coś się dzieje”.

„Gdybym czekała na idealny moment, to…

… nie przyjdzie. Zawsze są jakieś sprawy do załatwienia. Mamy jedno życie, a jeśli będziemy je odkładać, obudzimy się na emeryturze. Jeśli mamy jakieś marzenie, intuicję, kierunek, sprawdźmy to. Najwyżej zrezygnujemy. Nie odkładajmy rzeczy na później, bo one mogą się nigdy nie wydarzyć”.

Chcesz zostać Rodzicem SOS?

Wejdź na stronę, sprawdź szczegóły i zacznij swoją historię

Rodzice SOS historia Joli

Niewysoka, energiczna blondynka w średnim wieku – patrząc na nią nie powiedziałbyś, że wychowała 19 dzieci. Kilkoro z nich nadal wychowuje.

Można pomyśleć, że Jola trafiła do Stowarzyszenia, bo tak ułożyły się okoliczności, ale być może myśl o pracy z dziećmi od zawsze miała gdzieś z tyłu głowy.

Mieszkała na Pomorzu, miała dwoje rodzeństwa, a gdy pojawiła się możliwość nauki w liceum o profilu pedagogicznym, od razu z niej skorzystała. Oznaczało to konieczność zamieszkania w internacie i powrotów do domu tylko na weekendy, ale Jola czuła, że to kierunek dla niej.

Po skończeniu szkoły pracowała w różnych miejscach, jako opiekunka środowiskowa, na recepcji, przez jakiś czas nawet dorywczo nad morzem. W 2003 roku bezrobocie w Polsce osiągnęło poziom 20,7 procent, najwyższy w III RP. W tym samym roku siostra Joli przyniosła z Urzędu Pracy informację, że SOS Wioski Dziecięce w Polsce poszukują asystenta wychowawcy do pracy w Wiosce SOS.

Asystent to osoba, która wspiera wychowawców i Rodziców SOS w codziennych obowiązkach – pomaga przygotowywać posiłki, zaprowadzać dzieci do szkoły, prowadzić dom. Asystent przejmuje także opiekę nad dziećmi w czasie, gdy Rodzic SOS jest na urlopie lub poza Wioską.

Jola nie zastanawiała się długo przed kontaktem ze Stowarzyszeniem. Nie przerażała jej przeprowadzka w inną część Polski, ale nie myślała też, że kiedyś zostanie Mamą SOS. Jechała do pracy, której potrzebowała i gdzie potrzebowano jej. Jak sama mówi, po prostu taka jest. Jest osobą, która nawet się nie zastanawia, gdy trzeba komuś pomóc.

Przez kilka lat pracowała jako asystentka, na początku dość często jeździła na Pomorze, ale z czasem poznawała coraz więcej ludzi na miejscu, przyzwyczajała się i zapuszczała korzenie. Lubiła swoją pracę i doskonale się w niej sprawdzała, więc gdy jedna z Mam SOS opuszczała wioskę, dyrekcja zaproponowała Joli przejęcie tej roli.

Mimo zdobytego doświadczenia nieco się obawiała nowej roli, stałej opieki nad konkretnymi dziećmi, ale miała świadomość, że nie będzie musiała radzić sobie sama. Bardzo docenia wsparcie innych Mam SOS, administracji, pedagoga i psychologów.

Od 2007 roku Jola pełni rolę Mamy SOS. W tym czasie zawsze miała co najmniej piątkę dzieci pod opieką, a zdarzało się więcej. Jedno z dzieci zostało adoptowane, jedno wróciło do rodziny pochodzenia, część się już usamodzielniła i ciągle przychodziły nowe.

Opieka nad piątką czy siódemką dzieci nie przeszkodziła Joli w skończeniu pięcioletnich studiów w systemie zaocznym, a potem jeszcze studiów podyplomowych. Jest człowiekiem czynu, trochę niespokojnym duchem, dużo podróżuje, a z wypraw przywozi magnesy, które w domku SOS kolekcjonują. Często wraz z dziećmi zajmują się rękodziełem – malują, lepią z gipsu, modeliny, gliny, wycinają z papieru, przygotowują okolicznościowe ozdoby. Na początku tworzyła sama, ale z czasem dołączało do niej coraz więcej dzieci.

Osobom rozważającym pracę jako Rodzic SOS chciałaby przekazać, że to musi być przemyślana decyzja. Dzieci trafiające do wioski zostały już co najmniej raz zawiedzione, więc przed podpisaniem ostatecznej umowy warto mieć pewność. W tej pracy są momenty trudne, ale bywają też naprawdę piękne chwile. Dzieci są różne, z problemami, traumami, ale każde ma potencjał, choć czasem wymaga dużo pracy.

„Gdybym czekała na idealny moment, nie byłoby mnie tutaj. W trakcie tych lat poznałam dużo fajnych osób, znalazłam prawdziwą przyjaciółkę. Cieszę się, że tu trafiłam. Myślę, że to jest to” – mówi Jola na koniec naszej rozmowy. My też się cieszymy, że trafiła do SOS.

Chcesz zostać Rodzicem SOS?

Wejdź na stronę, sprawdź szczegóły i zacznij swoją historię

Rodzice SOS historia Wioli 

Energiczna, ciemnowłosa, w średnim wieku, mówi, że jest w swojej wiosce SOS pierwszą osobą, która zdecydowała się na bycie mamą SOS mając swoje dziecko. Pochodzi z Bydgoszczy, w SOS Wioskach Dziecięcych zaczęła pracować 15 lat temu. 

Wioletta, dla znajomych Wiolcia, od dziecka była przyzwyczajona do przebywania w licznym gronie – jej tata miał czternaścioro rodzeństwa, ona była starszą siostrą dwóch braci. Wzrusza się, opowiadając o cieple, które wyniosła z domu, przedwczesnym odejściu babci i ogromnej miłości mamy. 

Córka Wioletty, choć nie miała rodzeństwa, nie była wychowywana jak typowa jedynaczka, po lekcjach szła do świetlicy, skąd na zmianę z mamą odbierali ją dziadkowie. Wiola pracowała, studiowała i zajmowała się dzieckiem. „Nie chciałam, by córka była tylko głaskana. Ważne, żeby potem umiała poradzić sobie w życiu” – mówi. 

To kolega z pracy podsunął jej ulotkę o poszukiwaniu Rodziców SOS, mówiąc że idealnie by pasowała. Na ulotce była mapa z czterema lokalizacjami (Karlino, Siedlce, Biłgoraj, Kraśnik) i adres strony internetowej. Wioletta weszła na stronę stowarzyszenia, poczytała, posprawdzała i zaczęła się zastanawiać czy to dobra droga dla niej. 

Sytuację nieco ułatwiał fakt, że córka Wioletty niedługo miała kończyć szkołę podstawową i wybierać gimnazjum – mogłaby poszukać szkoły blisko Wioski SOS, w której pracowałaby Wiola. Przeanalizowały pod tym kątem położenie każdej z wiosek. Córka Wioli potrzebowała chwili, by przemyśleć ten pomysł. Bardzo ważne było dla niej, by mogły zabrać ze sobą kotkę Tolkę, dachowca który z nimi mieszkał. To było pierwsze pytanie, które później zadała dyrektorowi wioski. 

Był początek maja, wszystko się zieleniło i kwitło, Wioletta pojechała pierwszy raz do wioski i zakochała się w tamtym miejscu. Później przyjechała z córką. Ustalono, że kot też mógłby się wprowadzić, Wiola przeszła rekrutację, poznała pracowników i mieszkańców wioski. Nim zaczęła staż, nadszedł czas wyboru szkoły dla córki. Wybrały taką w okolicy wioski SOS i przeniosły całe swoje życie jeszcze przed podpisaniem umowy o zatrudnienie. To była odważna decyzja, ale Wioletta już wtedy czuła, że to miejsce dla niej. Do dziś uwielbia swoją pracę, realizuje się w niej i sumiennie spełnia rolę mamy SOS. 

Na początku wzięła pod opiekę czwórkę małych dzieci. Rok później jeszcze troje. Spora różnica wieku między nimi, a biologiczną córką Wioli pozwoliła uniknąć zazdrości wśród dzieci. Do dziś, mimo usamodzielnienia najstarszych, mają ze sobą dobry kontakt, a ciocia Wiola jest zawsze gotowa wesprzeć dobrym słowem. 

Zresztą, w tym domu chyba nie da się inaczej. Wioletta bardzo dba o domową, przyjazną i ciepłą atmosferę, dobrze gotuje – bigos z przepisu jej mamy nie ma sobie równych – stara się, by dzieciom, które wychowuje, dom kojarzył się z zapachem świeżego prania i gorącej szarlotki własnego wypieku. Przypuszcza, ze jest jedyną Mamą SOS, która przez 15 lat (od samego początku) pracuje z tą samą asystentką, ciocią Agatą. 

Wykształcenie pedagogiczne, doświadczenie pracy z niepełnosprawnymi dziećmi w domu pomocy społecznej i staż dały Wioli umiejętności, które wykorzystuje obecnie. Pracując z dziećmi w DPS musiała zwracać uwagę na szczegóły, czytać z mowy ciała. W Wiosce SOS to się bardzo przydaje – dzieci przychodzą nieufne, z bagażem doświadczeń, lękiem i traumami. Zaczyna się od cierpliwości, obecności, obserwacji. Dzieci na początku są wycofane, ostrożne i czujne. 

Wioletta jest entuzjastką ruchu i jazdy na rowerze. Teraz, gdy dzieci podrosły, robią razem nawet 20 kilometrów dziennie na rowerach. Aktywność fizyczna pozwala Wioli na „przewietrzenie głowy”, złapanie dystansu i relaks. 

Gdy pytam, co mogłaby przekazać osobom rozważającym zostanie Rodzicem SOS, mówi, że jeśli ma się empatię i lubi dzieci, warto spróbować, sprawdzić. Czasami trzeba jakiegoś bodźca, momentu, by uwierzyć w siebie. Jej zdaniem najważniejsze jest otwarcie na drugiego człowieka. To, czy się nadajesz, sprawdzisz w rekrutacji. Są rozmowy, jest staż, jeden dzień lepszy, drugi gorszy. Praca z człowiekiem, z dzieckiem jest nieprzewidywalna. „Nie ma szablonu, który można by przyłożyć. Każde dziecko jest taką kłódką, do której trzeba znaleźć odpowiedni kluczyk”. Ważny jest zespół wsparcia, asystent i specjaliści– to ogromnie ułatwia pracę. Staż to świetny czas na sprawdzenie się, poznanie warunków, zasad. Nikt nie jest rzucany od razu na głęboką wodę. W opiece nad dziećmi ważne jest opanowanie, empatia, budowanie zaufania, umiejętność słuchania, stałość, przewidywalność. Chaos niczemu nie służy. Jak mawiał jej dziadek, podejmujmy decyzje w dzień, bo dzień jest mądrzejszy od nocy. 

„Gdybym czekała na idealny moment, to… 

On by nigdy nie nastąpił. Zawsze byłby nie ten czas i nie ta pora”.

Chcesz zostać Rodzicem SOS?

Wejdź na stronę, sprawdź szczegóły i zacznij swoją historię

„System na granicy wydolności” Eksperci o sytuacji dzieci w pieczy zastępczej

Polski system pieczy zastępczej znalazł się w stanie głębokiego kryzysu. Skala problemu rośnie szybciej niż zdolność systemu do reagowania. Dziś już 1 na 100 dzieci w Polsce przebywa w pieczy zastępczej. Jednocześnie blisko 1900 dzieci – mimo orzeczenia sądu – czeka na miejsce, które zapewni im bezpieczeństwo. To oznacza, że setki dzieci pozostają w rodzinach biologicznych, które nie są dla nich bezpieczne i nie zaspokajają ich podstawowych potrzeb. Kolejne 1500 chorych dzieci mieszka w placówkach typu DPS czy ZOL i nikt nie szuka dla nich rodziny. A w 2024 r. 1 na 300 noworodków został opuszczony przez rodziców. To nie jest prognoza. To rzeczywistość. Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce i Fundacja Gajusz łączą siły, by wspólnym, eksperckim głosem mówić o kryzysie rodzicielstwa.

Kryzys, którego nie widać od razu

To, co widzimy obecnie w pieczy zastępczej, jest efektem procesów, które zaczynają się znacznie wcześniej. Kryzys nie nastaje w momencie odebrania dziecka z rodziny. Zaczyna się wtedy, gdy rodzina przestaje sobie radzić, a wsparcie nie pojawia się na czas albo nie jest wystarczające. – System wciąż w zbyt dużym stopniu działa reaktywnie. Pomoc uruchamiana jest w momencie eskalacji problemów, a nie na etapie, kiedy można jeszcze skutecznie wzmocnić rodzinę i zapobiec rozdzieleniu. W efekcie co roku tysiące dzieci trafiają do pieczy zastępczej, a tylko część z nich wraca do rodzin biologicznych. To pokazuje, że system nie zatrzymuje kryzysów – przejmuje ich konsekwencje.tłumaczy Aleksandra Granada, Dyrektorka Krajowa w Stowarzyszeniu SOS Wioski Dziecięce w Polsce.

Przeciążony system nie jest w stanie odpowiedzieć na potrzeby dzieci

Gdy dzieci trafiają do pieczy, trafiają do systemu, który sam mierzy się z poważnymi ograniczeniami. W wielu częściach kraju brakuje miejsc w rodzinnej pieczy zastępczej, powiaty mają trudności z realizacją orzeczeń sądowych, opiekunowie są przeciążeni, a liczba nowych kandydatów na rodziców maleje.
System coraz częściej działa pod presją dostępności. Decyzje o umieszczeniu dziecka zapadają nie w oparciu o jego indywidualne potrzeby, lecz o to, gdzie akurat jest miejsce. To fundamentalna zmiana logiki działania systemu – z „co jest najlepsze dla dziecka” na „co jest możliwe w danym momencie” – mówi Aleksandra Granada.

Są też dzieci, dla których nikt już domu nie szuka. Zniknęły z systemu pieczy zastępczej, bo umieszczono je w domach pomocy społecznej czy w zakładach leczniczych. To dzieci chore, dodatkowo cierpiące z powodu samotności. – Nawet najlepsza placówka nie jest w stanie zapewnić indywidualnej opieki. Dzieckiem zajmuje się wielu dorosłych, ale żaden z nich nie jest tym jedynym. Nie ma zatem możliwości zbudowania prawdziwych, rodzinnych więzi. Chore dzieci potrzebują tego tak samo jak zdrowe, a może nawet bardziej. Tylko specjalistyczna zawodowa rodzina zastępcza stanowi szansę na dom i miłość. A kandydatów do takiej roli dramatycznie brakuje. Dlatego około 1500 dzieci, w tym małych, mieszka w instytucjach, które nie są do tego przystosowane – mówi Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, prezes Fundacji Gajusz.

Relacja jako warunek rozwoju

W tej sytuacji kluczowe jest przypomnienie podstawowej rzeczy: dziecko rozwija się w relacji. Nie w systemie. Nie w procedurze. W codziennym doświadczeniu bycia z drugim człowiekiem – w stabilności, przewidywalności i uważności. To właśnie relacja pozwala odbudować poczucie bezpieczeństwa, które zostało naruszone. To ona daje dziecku szansę na rozwój i zmianę. Dlatego rozbudowa rodzinnych form pieczy zastępczej nie jest jedną z opcji systemu. Jest jego fundamentem.

Rodzinność jako realna odpowiedź

Model rodzinnych form opieki, rozwijany m.in. przez SOS Wioski Dziecięce w Polsce, odpowiada na tę potrzebę w sposób systemowy. – Dzieci wychowują się w małych, rodzinnych domach, w których mają stałych opiekunów – rodziców SOS. To osoby, które są z dziećmi na co dzień, budują relację, towarzyszą im w rozwoju, ale jednocześnie nie są pozostawione same sobie. Za nimi stoi system wsparcia: psychologowie, pedagodzy, zespoły specjalistów. – komentuje Aleksandra Sikorska, psycholożka i doradczyni programowa w Stowarzyszeniu SOS Wioski Dziecięce w Polsce. – To połączenie stabilnej relacji i profesjonalnego wsparcia jest dziś jednym z najbardziej skutecznych modeli pracy z dzieckiemdodaje Aleksandra Sikorska.

Zmiany systemowe to krok w dobrą stronę – ale nie wystarczą

Procedowana właśnie nowelizacja ustawy o wspieraniu rodziny i systemie pieczy zastępczej wyraźnie wskazuje kierunek: większy nacisk na profilaktykę, rozwój pieczy rodzinnej, poprawę warunków pracy opiekunów. To ważna i potrzebna zmiana. Ale sama zmiana przepisów nie rozwiąże problemu, jeśli nie będzie osób gotowych przyjąć dzieci do swoich domów. System może tworzyć ramy. Ale to ludzie tworzą rzeczywistość dziecka.

Brakuje przede wszystkim ludzi

Obecnie największym wyzwaniem systemu pieczy zastępczej jest brak osób, które podejmą się roli rodziców zastępczych. – To powoduje, że dzieci czekają na miejsce, system działa na granicy wydolności, rośnie ryzyko niedopasowania formy opieki do potrzeb dziecka. Bez nowych rodzin nawet najlepiej zaprojektowany system nie będzie w stanie funkcjonować. – komentuje Aleksandra Sikorska.

Dane pokazują, że mamy do czynienia z kryzysem rodzicielstwa. Aż 1 na 300 urodzonych w 2024 r. dzieci nie wróciło ze szpitala do domu, zostały opuszczone.  – Tak źle jeszcze nie było. Zbieramy dane od 2007 roku. Bywały lata lepsze i gorsze, ale to, co zadziało się w 2024 r. po prostu poraża. Liczba narodzonych dzieci spadła rok do roku o 20 000, a opuszczeń noworodków było 859. To o 17% więcej niż w roku poprzednim, proporcjonalnie do ogólnej liczby narodzin tak źle jeszcze nie było. Alarmujące są też sygnały o spadku liczby kandydatów na rodziców adopcyjnych. Stąd przykra konkluzja – coraz mniej dzieci ma szanse na nowy dom, a jeśli są chore, to właściwie brak na to nadziei. Dlatego promowanie idei rodzicielstwa zastępczego jeszcze nigdy dotąd nie było tak kluczowe – podsumowuje Aleksandra Marciniak z Fundacji Gajusz.

Kampania w odpowiedzi na kryzys

Właśnie dlatego SOS Wioski Dziecięce w Polsce oraz Fundacja Gajusz przeprowadzą w maju wspólną kampanię rekrutacyjną. Jej celem jest nie tylko znalezienie nowych rodziców, ale także pokazanie, że rodzicielstwo zastępcze jest realną i potrzebną drogą odpowiedzi na jeden z najpoważniejszych kryzysów społecznych. To zaproszenie do podjęcia decyzji o byciu dla dziecka – nie idealnym, ale obecnym, uważnym i gotowym. System pieczy zastępczej znajduje się dziś w decydującym momencie. Może stać się systemem opartym na relacji i rodzinności. Może też pozostać systemem, który reaguje na kryzysy, ale nie jest w stanie im zapobiegać. – To, która z tych dróg zostanie wybrana, zależy nie tylko od zmian systemowych. Zależy od ludzi. Jeśli możesz stworzyć dziecku dom – to jest ten moment. Dzieci już czekają. Nie na system. Na człowieka. mówi Aleksandra Granada, Dyrektorka Krajowa w Stowarzyszeniu SOS Wioski Dziecięce w Polsce.

Jeśli myślisz o rodzicielstwie zastępczym, zacznij od kontaktu z SOS Wioskami Dziecięcymi – teraz, w nieidealnym momencie. Rozmowa do niczego cię nie zobowiązuje, a może odpowiedzieć na nurtujące pytania i wątpliwości. Odwiedź stronę rodzicesos.org i skontaktuj się z nami pod adresem: rodzice@sos-wd.org. Pamiętaj, że w Wiosce SOS jest cały zespół specjalistów, który wspiera rodziców SOS i dzieci. Nie bój się, wszystkiego cię nauczymy, zostaniesz przeszkolona/y i będziesz mieć czas, by podjąć przemyślaną decyzję. Czekamy na ciebie!

W Fundacji Gajusz na nowy dom czeka aż czworo maluchów. Półroczna Maja, której rozwój utrudnia FAS (alkoholowy zespół płodowy), 4,5-letnia Jagódka, która urodziła się z chorobą neurologiczną, 9-miesięczna Zuzia, która zmaga się z chorobą metaboliczną oraz 9-miesięczny Pawełek, który już w trakcie życia płodowego doświadczył wielu trudów. Osoby, które chciałyby stworzyć dom dla chorego dziecka, proszone są o wiadomość na adres: rodzinazastepcza@gajusz.org.pl i podanie numeru telefonu.

***

Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce w Polsce od 1984 roku pomaga dzieciom porzuconym, opuszczonym, zagrożonym utratą opieki rodziców. W Polsce działają 4 Wioski SOS, gdzie dzieci pozbawione opieki rodziców biologicznych znajdują ciepły, kochający dom. Jednocześnie stowarzyszenie rozwija działania profilaktyczne w ramach Programu „SOS Rodzinie”, którego celem jest ochrona przed utratą rodziców i zapewnienie kompleksowego wsparcia rodzinom w kryzysie. W ciągu całego roku 2025 z pomocy Programów SOS Wiosek Dziecięcych skorzystało 2 451 dzieci i dorosłych, w tym 1 663 dzieci i młodzieży, z czego 386 w opiece zastępczej i programach młodzieżowych, a 1 277 w Programach Umacniania Rodziny „SOS Rodzinie”.

Fundacja Gajusz od 1998 r. wspiera dzieci chore, opuszczone i okrutnie doświadczone przez los. Pierwszym dużym krokiem w kierunku dzieci wychowujących się poza rodziną biologiczną było założenie  Interwencyjnego Ośrodka Preadopcyjnego Tuli Luli. Od tamtej pory pod opieką jednostki było ponad 200 dzieci. Żadne nie trafiło do domu dziecka, bo gdy brak kandydatów na rodzinę adopcyjną, Fundacja Gajusz szuka rodzin zastępczych. W 2018 r. powstało Centrum Terapii i Pomocy Dziecku i Jego Rodzinie CUKINIA, w którym wsparcie znajdują dzieci wychowujące się w domach dziecka i rodzinach zastępczych oraz dorośli za nie odpowiedzialni. Fundacja prowadzi także kampanię „Leczymy Dzieci Rodziną”, której celem jest znajdowanie rodzin zastępczych dla dzieci chorych. Na koncie ma już ponad 40 takich małych-wielkich cudów.

POZNAJ NASZYCH FUNDRAISERÓW

fundraiser
  • możemy zapukać do Twoich drzwi lub możesz nas spotkać na ulicy
  • zachęcamy do dołączenia do Klubu SOS i tym samym regularnej pomocy potrzebującym dzieciom
  • nie zbieramy pieniędzy w gotówce

Sprawdź naszego
przedstawiciela, wprowadzając jego ID

Każdy przedstawiciel ma swój identyfikator, na którym widoczny jest numer ID.

Paulina Górska

Kontakt dla mediów

Paulina Górska Tel. komórkowy: +48 888 933 964 mail: paulina.gorska@sos-wd.org

Paulina Cygler

Rekrutacja rodziców SOS

Paulina Cygler Tel. komórkowy: +48 734 425 108 mail: rodzice@sos-wd.org

Aleksandra Piekarczyk

Dary rzeczowe

Aleksandra Piekarczyk Tel. komórkowy: +48 734 425 116 mail: aleksandra.piekarczyk@sos-wd.org



Łukasz Łagód

Kontakt dla studentów

Łukasz Łagód Tel. komórkowy: +48 734 420 482 mail: lukasz.lagod@sos-wd.org

Aleksandra Rysiewska

Kontakt dla firm

Aleksandra Rysiewska +48 513 403 652 mail: aleksandra.rysiewska@sos-wd.org

Kontakt dla darczyńców

zdjęcie

Aleksander Rudziński
Tel. +48 22 843 73 76

Wyślij wiadomość

    Administratorem Twoich danych osobowych podanych w formularzu kontaktowym jest Stowarzyszenie „SOS Wioski Dziecięce w Polsce” . Będziemy przetwarzać Twoje dane osobowe w celu udzielenia odpowiedzi na Twoje zapytanie. Więcej informacji o przetwarzaniu Twoich danych osobowych znajdziesz w naszej Polityce prywatności.