Pomaratońskie refleksje

7 Październik, 2012

Wróć do listy

I wróciliśmy cali i zdrowi po Maratonie Warszawskim. Meta na Stadionie Narodowym, a na trybunach nasi znajomi – to było duże przeżycie. A sam bieg jak to bieg. Ponad 42 kilometry monotonnym tempem po urokliwych ulicach stolicy. Duży plus – organizacja zawodaów oraz pogoda; słońce i lekki wiaterek. Sam fakt pokonania tak długiego dystansu jest dla nas, bo przecież biegliśmy razem z Dorotą, powodem do zadowolenia. To poważny sprawdzian własnych możliwości, walka ze swoimi słabościami i ograniczeniami. Nauka pokory i szacunku. Mądrzy ludzie mówią też, że wyjazdy kształcą. I tak też było w nasym przypadku. Gdy jechaliśmy taksówką na start, ucieliśmy sobie z kierowcą miłą pogawędkę. O tym i owym, o życiu, sytuacji w kraju itd. W pewnym momencie stwierdziliśmy, że dla nas życie w “stolycy” byłoby za szybkie. Na co rezolutnym taksówkarz odpowiedział.
– Jestem warszawiakiem z urodzenia. I nigdzie się nie spieszę. Gonią ci, którzy tu przyjeżdżają dla kariery. I na początku są zadowoleni, że pracują w Wigilię i inne święta. A potem ich wiozę i narzekają, że są wypaelni, że nie maja znajomych i rodzin. I chcą uciekać – wyjaśnił.
Po tych słowach raz jeszcze doceniliśmy to, co mamy…
Adam, tata w SOS Wiosce Dziecięcej w Karlinie

Wróć do listy