W rytmie dnia

7 Październik, 2012

Wróć do listy

Rytm dnia ustalony. Pobudka o 6.45 (Dagmara wstaje podobno pół godziny wcześniej; wiadomo to nastalotka, więc przygotowanie się poranne zajmuje więcej czasu). Potem razem jemy śniadanie, choć przedtem wychodzę z Talarem, naszym labiszonem, na spacer. Kwadrans przed ósmą dzieciaki wyruszają do szkoły. Czasami idą same, ale bywa, że Meli towarzyszy któreś z nas, dorosłych. W tak zwanym miedzyczasie przygotowujemy obiad, sprzątamy i pierzemy. Pierwsi wracają ze szkoły około godziny 12.40. Sporo czasu spędzamy odrabiając lekcje. Jednak pisałem już kilka razy, że pod wzgledem edukacyjnym jesteśmy wymagający. Edukacja jest bowiem szansą dla naszych dzieci; szansą na osiągnięcie w przyszłości satysfakcjonującego życia. Popołudniem mamy czas wolny, co nie znaczy, że jest wolna amerykanka. Są jakieś zajęcia, ale już mniej obciążające; bardziej za to na luzie, rozwijające talenty, a także pozwalające dzieciakom się zresetować. Wieczorami wszyscy bez wyjątku jesteśmy już trochę zmęczeni. Szybko chodzimy spać, by nazajutrz znowu zerwać się o 6.45. W weekendy śpimy dłużej – o całą godzinę. Co za wypas! Dłużej jednak nie da rady, bo Mela żwawo krząta sie na górze w pokoju, tym samym nie dając spać innym. I tak lecą dni. Powtarzalny rytm i rutyna. Jednak chyba wszyscy potrzebujemy takiego schematu działań. Łatwiej się zorganizować i zaplanować wiele działań, co przy gromadce dzieci czasami wcale nie jest takie proste.
Adam, tata w SOS Wiosce Dziecięcej w Karlinie

Wróć do listy