“RZ” i koncert

17 Październik, 2012

Wróć do listy

Jako młode pacholę miałem przed oczami taki oto obraz rodzica zastępczego: On – kraciasta koszula zapięta pod szyję, spodnie w kancik podciągnięte pod pępek, gładko zaczesane włosy, bryle na nosie i filcowe papcie na nogach. Ona – cała w beżach i brązach, z trwałą ondulacją. Oboje nie wyściubiają nosa spoza swojego gniazdka, czekając tylko, by ruszyć swoim dzieciom z pomocą.
Przez kilka lat ten wizerunek mocno mi towarzyszył. Prawdę powiedziawszy nie wiem, skąd taki – mocno przerysowany – wizerunek. Przecież nie miałem z rodzicami zastępczymi (dalej zwanymi “RZ”) do czynienia; ba, nawet żadnej takiej osoby nie znałem, co może dziwić zważywszy na rozmiary sieroctwa w Polsce. Jednak w końcu sam zostałem “RZ”. Musiałem więc powalczyć z takim wewnętrznym przekonaniem o figurze “RZ”. Jak to osiągnąć? A choćby wybrać się do Warszawy na koncert. Pokazać, głównie samemu sobie, że jestem zwyczajnym, normalnym facetem, który ma jakieś zainteresowania, hobby, potrafi twórczo spędzić czas. A kobieta “RZ”, czyli w tym przypadku Dorota, może udowodnić, że istnieje życie poza dziećmi. Wybraliśmy się zatem do stolicy. Najpierw Wilanów, Łazienki i starówka. Potem koncert zespołu Dead Can Dance; dla mnie kultowego, wyczekanego od 20 lat! I udało się. Występ znakomity, wrażeń moc. No i dzieciaki, po naszym powrocie całe i zdrowe, zadowolone, uśmiechnięte. Ale to już zasługa cioci Edyty, naszej asystentki.
Adam, tata w SOS Wiosce Dziecięcej w Karlinie

Wróć do listy